Jestem szczęśliwa?

Czy mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwą osobą tylko dlatego, że jestem szalenie zakochana? Wydaję mi się, że tak. Co z tego, że inne aspekty mojego życia nie są idealne. Ważne, że mam osobę, przy której czuję, że mogę wszystko. I właśnie tak jest! Nie ograniczam się. Jestem sobą. Jestem szczęśliwa. Bardzo długo na to czekałam, ale czy aby na pewno zasłużyłam sobie na to? Wszystko inne może się walić, ale póki ona jest ze mną to jakoś to zniosę.

Napisałabym jakąś recenzję, ale szczerze to bardzo mi się nie chcę. Coraz mniej siedzę na komputerze, ale według mnie to bardzo dobrze. Może na wakacje wrócę do Was na dłużej, także na Namuzo. Póki co daję Wam tylko znak życia i zastanawiam się jak długo może potrwać moje szczęście. Jestem dziwna, martwię się tym, że jest dobrze. Ja po prostu nie przywykłam do takiego stanu rzeczy.

Do zobaczenia.

Chyba Bóg mnie opuścił.

Witajcie. Zapewne po przeczytaniu tytułu tej notki pomyśleliście, że zachciało mi się bredzić o sprawach wiary. Porozmawiamy co prawda o Bogu, ale tym razem o takim, którego istnienie udowodniono. Mowa o internecie. To właśnie „Bóg XXI wieku” postanowił mnie niedawno opuścić. Właściwie to wina monitora, który się zepsuł, musiałam kupić nowy, bla, bla bla… Nie! To nie będzie notka o naprawianiu komputerów! Właściwie to sama nie wiem o czym do końca jest ten wpis. Większością głosów uznaliście, że mam wrócić na Tru-Wilyn no to wracam. Nie oczekujcie, że będzie aż tak poważnie jak wcześniej. Wszystko się zmieniło. Moje „poważne” wypociny przeczytacie TUTAJ, a na Tru-Wilyn zamierzam wrzucać… całą resztę. Mam tu na myśli wszelkie śmieci, czyli moje przemyślenia i opinie. Chyba tak będzie najlepiej. Spełniać wolę ludu! To jest to! Notki będą się ukazywać nieregularnie. Bardzo nieregularnie. Może jedna na miesiąc, a może codziennie coś nowego To zależy od tego, czy będzie o czym gadać i czy przede wszystkim będę miała ochotę cokolwiek napisać. Dzisiejsza notka miała być poświęcona tegorocznej Eurowizji, ale uznałam, że to temat wystarczająco mocno zgwałcony przez wszelkie media i nie tylko, dlatego ja nie muszę dokładać do tego mojej mało znaczącej opinii. Sądzę, iż większość z Was myśli podobnie jak ja, więc w tej chwili zapomnijmy o całej sprawie. Uwierzcie, że to tylko zbędny problem o którym lepiej zbyt długo nie rozważać bo grozi to zwaaaaaarioooooooooooooooooooooooooowaaaanieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeem. Na koniec wspomnę jeszcze o problemie poruszonym na początku notki. Tak, nie miałam komputera. Pewnie pomyślicie, że co to za problem – przecież można wyjść z domu i spotkać się ze znajomymi. Niby tak, ale wciąż wyglądam jak biedronka (tak, mam ospę). Wolę nie narażać się na dodatkowe komplikacje i powikłania. Mówi to przyszła pani doktor! Nie będę tu opisywać mojego załamania fizjologiczno-psychiczno-egzystencjalnego spowodowanego brakiem komputera. Chodzi mi raczej o fakt, że przez te kilka dni dowiedziałam się m.in. że; gotowanie zupy nie jest aż tak trudne, Ukraina wciąż ma prze**bane, a Kaczyński nadal twierdzi, że to wszystko wina Tuska. Jak to mówią – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

AKTUALIZUJĘ LISTĘ INFORMOWANYCH O NOWYCH NOTKACH.

Chcesz być informowany? Napisz w komentarzu pod tą notką, a doznasz prawdziwego zbawienia, chwały i szczęścia. Nie zależy mi na tym by mieć mnóstwo czytelników. Tak całkiem szczerze to czasem informowanie kilkudziesięciu osób, którzy i tak nie przeczytają tej notki mocno mnie demotywuje w związku z czym wolę kilku prawdziwych czytelników niż mnóstwo „martwych”.

Cuda, dziwy i jeszcze więcej dziwów

Witajcie.
Notka, która właśnie czytacie nie ma sensu. Piszę ją z przymusu byście nie pomyśleli, że mam w dupie blogowanie (a właściwie trochę mam, jak wszystko na tym świecie). No dobrze, zobaczymy co z tego wyjdzie.

O muszce, która zniszczyła mi życie.
Niedziela, 6 rano, cisza, spokój, wszyscy smacznie chrapią, ale nie ja, wkurwiona bzyczeniem muchy. To nie było zwykłe bzykanko! Ojj, uwierzcie mi, że nie! Ta mała bzykata dziwka siadała mi na twarzy za każdym razem gdy prawie zasypiałam i głośno bzyczała. Miała szczęście, że byłam nieprzytomna, bo inaczej urządziłabym z jej dupy jesień średniowiecza. Męczyłam się z nią do ósmej rano, w końcu jej odpuściłam. Pewnie pomyślicie, że rozgniotłam ją kapciem gdy tylko wstałam. Nic bardziej mylnego. Ta muszka zasługuje na coś gorszego. Najpierw odnajdę jej rodzinę i będę powoli zabijać każdego członka jej bzykowatej familii, a na sam koniec dorwę ją i wyrwę jej te głupie skrzydełka. Niech wie, że ze mną się nie zadziera! Szczególnie gdy chcę spać. Możecie dzwonić po organizację obrony zwierząt! Mam to gdzieś.

Mogłabym coś jeszcze napisać, prawda? Zaczęła się szkoła, nie wysypiam się jeszcze bardziej niż zwykle. Głównie mam same chemie i biologie i już czuję ten olbrzymi natłok nauki. Po szkole najczęściej gram w moją ukochaną gierkę Alice: Madness Returns, to mnie odpręża. W następnej notce pokrótce Wam ją opiszę. Jestem zakochana jak nigdy wcześniej, mimo, że w moim związku różnie się układa. Wszystko byłoby cudownie, gdyby nie mucha, która zniszczyła mi życie.

ZEMSZCZĘ SIĘ!

Zespół, który zmienił moje życie.

Witajcie.
Kilka tygodni temu znalazłam na YouTube kilka filmików zatytułowanych „Zespół, który zmienił moje życie”. Bardzo spodobała mi się ta akcja dlatego postanowiłam przenieść ją na blogowy grunt. Dzisiaj opowiem Wam o ludziach, którzy odmienili moje życie. Mowa oczywiście o zespole Nightwish. Miłego czytania.

1. Historia poznania zespołu
Nightwisha poznałam właściwie przez przypadek w 2005 roku. Miałam wtedy 8 lat i jak większość dzieci w moim wieku dostałam na komunię komputer (teraz pewnie dostaje się dom i sportowe auto, ale nie o tym dzisiaj piszę). Kuzynka starsza o kilka lat postanowiła zgrać mi piosenki kilku słuchanych przez nią zespołów. Znalazły się tam takie grupy jak Rammstein, Evanescence i Nightwish właśnie. W zespole zakochałam się od pierwszego przesłuchania. Rockowe klimaty do których miłość wyssałam chyba z mlekiem matki w połączeniu z operowym wokalem ówczesnej wokalistki, były dla mnie idealnym połączeniem, dlatego Nightwish zyskał moją sympatię błyskawicznie. Później zaczęłam coraz bardziej wgłębiać się w dyskografię fińskiego zespołu, odkrywając coraz to nowsze i ciekawsze brzmienia.

2. Najważniejsza piosenka
Wybór jest o dziwo dość oczywisty! Najważniejszą piosenką Nightwisha jest dla mnie cudowna ballada „Ghost Love Score”. Utwór ten wzbudza we mnie burzę emocji za każdym przesłuchaniem. To, co mnie tak w nim urzeka to przede wszystkim rozmach, rozmaitość brzmień i cudowny tekst. O „Ghost Love Score” napisałam nawet osobną notkę TUTAJ.

3. Najlepszy koncert
Myślę, że nie będzie zdziwienia gdy napiszę, że moim ulubionym koncertem Nightwisha jest „End of an Era”, który miał miejsce 21 października 2005 roku w Hartwall Areena w Helsinkach. Wymowny tytuł kryje ostatni koncert, jaki muzycy zagrali z pierwszą wokalistką – Tarją Turunen. Podoba mi się to, że kolory statywów i mikrofonów były dobrane pod kolor stroju Tarji. Niby nic, a cieszy. Zespół zagrał wtedy naprawdę wspaniały koncert, okraszony wieloma fajerwerkami, wybuchami etc. Drugiego takiego koncertu już nie będzie…

4. Marzenia związane z zespołem
Największym realnym marzeniem jest oczywiście wyjazd na ich koncert. Te mniej realne to m.in. poznanie członków zespołu, wyjechanie z nimi w trasę koncertową czy udział przy nagrywaniu płyt. Mam też jedno marzenie, które pewnie nigdy się nie spełni – powrót Tarji do zespołu.

5. Za co jestem im wdzięczna
Za ich wszystkie płyty, piosenki i koncerty. Za ich nadzwyczajność. Za miłość do muzyki. Za cudownych fanów, których dzięki nim miałam przyjemność poznać. Za to, że są i byli ze mną w najwspanialszych i najgorszych momentach mego życia.

A jakie zespół zmienił Wasze życie? Weźcie udział w akcji, jeśli ta Wam się spodobała i umieśćcie odpowiedzi do podanych wyżej punktów na swoim blogu. Następnie wybierzcie 5 blogów, które według Was powinny wziąć udział w akcji. Zachęcam wszystkich do udziału, ale blogi, które „nominuję” od siebie, to:

Biała Śpiączka

Witajcie.
Na początku tej notki chciałabym podziękować wszystkim za życzenia urodzinowe, również te spóźnione. W dzisiejszym krótkim wpisie chciałam podzielić się z Wami jedynie świetną piosenką, która od wczoraj cały czas chodzi mi po głowie. Mowa o „Coma White” Marilyna Mansona. Wczoraj miałam chwile słabości, ale gdy wróciłam ze szkoły to włączyłam tę piosenkę i najzwyczajniej w świecie zaczęłam płakać. Ryczałam, a w tle słyszałam tylko muzykę i nic więcej się dla mnie w tej chwili nie liczyło. Trwało to jakoś do wieczora, ale gdy skończyłam, to byłam odmieniona. Smutki odeszły i kolejny raz przekonałam się o magicznej sile muzyki. Tym, co tak urzekło mnie w tym utworze, jest przede wszystkim inteligentny i życiowy tekst zaśpiewany w niezwykle wzruszający sposób i niesamowita muzyka, która w połączeniu ze zjawiskowym teledyskiem tworzy kompletną całość. Piosenka została uznana przez krytyków jako najlepszy utwór Mansona. Ja potrzebowałam wielu miesięcy, by przekonać się do tej piosenki, ale teraz wiem, że „Coma White” będzie jeszcze długo towarzyszyła mi w trudnej wędrówce przez życie. Gdy skończyłam już słuchanie, obejrzałam film „Forrest Gump”, który wzruszył mnie równie mocno jak wspominany wcześniej kawałek.
To był płaczliwy dzień, ale teraz cała złość ze mnie uszła. Nadal jest mi smutno i chwilami mam ochotę się zabić, jednak nie ma już we mnie tej wszechobecnej nienawiści i frustracji. Wyciszyłam się.

Nie ma sensu wklejać całego tekstu piosenki, ale znajdziecie go TUTAJ.

Wersja oryginalna:

Wersja akustyczna, która moim zdaniem jest jeszcze bardziej emocjonalna od oryginału: