Tom Petty and the Heartbreakers – Damn the Torpedoes

1. Refugee
2. Here Comes My Girl
3. Even the Losers
4. Shadow of a Doubt (A Complex Kid)
5. Century City
6. Don’t Do Me Like That
7. You Tell Me
8. What Are You Doin’ in My Life?
9. Louisiana Rain

Są wśród Was czytelnicy bloga Wildflowers? Jeśli tak, to z pewnością słyszeliście o Tomie Petty. Dla całej reszty artysta ten może wydawać się całkiem obcy. Nic dziwnego – Tom Petty and the Heartbreakers mimo usilnych starań nigdy nie zdobyli większej popularności w naszym kraju. Nie oznacza to jednak, że mają wąskie grono słuchaczy! W  Stanach Zjednoczonych uznawani są za prekursorów i legendy muzyki rockowej. Muzyka jaką wykonują to połączenie rocka, country i bluesa. „Damn the Torpedoes”, które dzisiaj ocenię to bez wątpienia ważna i przełomowa płyta w historii amerykańskiego zespołu. Została wydana w 1979 roku i szybko uczyniła z Toma i jego kolegów wielkie gwiazdy. To pierwsza płyta Toma Petty’ego, która znalazła się w TOP 10 Billboardu, dochodząc do miejsca drugiego (przed wspięciem się na szczyt zatrzymała ją jedynie „The Wall” Pink Floyd). Ponadto album ten znalazł się się na liście 500 najważniejszych albumów wszech czasów magazynu Rolling Stone.

Album otwiera przebojowe „Refugee”. Przede wszystkim muszę pochwalić wokal Toma, który brzmi tu niesamowicie rockowo. Na uwagę zasługuje również znakomita muzyka, a w szczególności partie na gitarze elektrycznej. Chciałoby się „Refugee” słuchać bez końca, niestety trzeba iść dalej. Niestety, bo na płycie nie znajdziemy już kompozycji dorównującej jej poziomem. Nie oznacza to jednak, że to koniec dobrych utworów. Całkiem miło słuchało mi się piosenki „Here Comes My Girl”. Myślę, że jest to przede wszystkim zasługa chwytliwego refrenu, w którym Tom brzmi niezwykle niewinnie i uroczo. Szkoda jedynie, że część zwrotek jest mówiona, a nie śpiewana. To zdecydowanie psuje ogólny obraz utworu. Podoba mi się także „Even The Losers” z kolejnym chwytliwym refrenem. Tak, refreny są zdecydowanie mocną stroną tego zespołu. Wracając do „Even The Losers” piosenka jest bardzo zróżnicowana, przez co ma klimat sielankowo-taneczny. Na uwagę zasługuje również „Lousiana Rain” z bardzo ciekawym wstępem na organach. Szkoda jedynie, że wstęp odstaje od reszty utworu i wydaje się być jakby „wyrwanym z kontekstu”. Sprawdzam kto czyta moje recenzje. Jeśli to przeczytałeś, to zacznij swój komentarz od słowa Ogórek.
Przyznam się bez bicia, że przygoda z  ”Damn the Torpedoes” było dla mnie w pewnym sensie bardzo męcząca. Najgorzej słuchało mi się „Shadow Of A Doubt (Complex Kid)”, w którym Tom śpiewa tak, jakby było to dla niego strasznym wysiłkiem. Niezbyt ciekawe jest również „Don’t Do Me Like That”, gdzie przez większą część piosenki powtarzany jest głównie sam tytuł. Nużąca muzyka sprawia ponadto, że mam ochotę zasnąć. „What Are You Doin’ in My Life?” to powtórka z rozrywki i kolejne śpiewanie tytułu w nieskończoność. Utwór czerpie dużo z muzyki country podobnie jak „Century City”. Nic więc dziwnego, że oba utwory bardzo mnie nudziły.
„Damn the Torpedoes” to płyta, którą mogę polecić fanom lżejszego rocka z lat 70-tych i 80-tych. Zadowoleni mogą być również wielbiciele country i bluesa. Dla całej reszty (w tym mnie) „Damn the Torpedoes” może być jedynie drogą przez mękę. Na szczęście na albumie znalazło się kilka fajnych i dynamicznych utworów z ponadczasowym brzmieniem. Szkoda, że tak mało…

Najlepsze: Refugee, Here Comes My Girl
Najgorsze: Shadow Of A Doubt (Complex Kid), Don’t Do Me Like That

Moja ocena: 4/10

Bring Me The Horizon – Sempiternal



1.
Can You Feel My Heart
2. The House Of Wolves
3. Empire (Let Them Sing)
4. Sleepwalking
5. Go To Hell, For Heavens Sake
6. Shadow Moses
7. And The Snakes Start To Sing
8. Seen It All Before
9. Antivist
10. Crooked Young
11. Hospital For Souls
12. Join The Club
13. Chasing Rainbows
14. Deathbeds

Według wszelkich opisów Bring Me The Horizon to „pochodzący z Sheffield brytyjski zespół metalowy grający przede wszystkim deathcore. Powstał w roku 2004, a jego nazwa pochodzi z filmu „Piraci z Karaibów”, gdzie kapitan Jack Sparrow wykrzyczał zdanie „Now… Bring me that horizon!”. Słowo „that” zostało zastąpione „the” i od tego czasu oficjalna nazwa zespołu to „Bring Me the Horizon”. Zespół szybko status jednego z największych zespołów metalcore’owych na starym kontynencie dzięki doskonałym płytom oraz jeszcze lepszym koncertom.” No dobrze, dla mnie to póki co tylko puste słówka. Czas przyjrzeć się bliżej dokonaniom zespołu. Zaczniemy od ich najnowszego dzieła z bieżącego roku – „Sempiternal”.

Pierwszą piosenką, którą usłyszałam jeszcze przed przesłuchaniem albumu było singlowe „Shadow Moses”. Wtedy piosenka pozytywnie mnie zaskoczyła. Podobały mi się głównie mocniejsze i cięższe momenty. Dzisiaj utwór mnie nudzi, w szczególności chórki, które są wręcz irytujące. Można powiedzieć, że „Shadow Moses” już mi się przejadło.
Znacznie przyjemniej słucha mi się nieco elektronicznego „Can You Feel My Heart”. Widać, że zespół nie boi się eksperymentować z elektroniką i co najważniejsze – wychodzi im to na dobre. Zdecydowanie jedna z lepszych kompozycji na krążku. Dobre jest również najcięższe na płycie „Antivist”. To bardzo mocny i agresywny numer, na pewno wywoła spore zamieszanie na koncertach. Interesujące są również utwory „Crooked Young” i „Hospital For Souls”, gdzie wykorzystano instrumenty smyczkowe. Ze spokojniejszych i bardziej subtelnych piosenek możemy wymienić tu świetne „Sleepwalking” i „Deathbeds” w którym oprócz wokalu Olivera możemy usłyszeć również damski głos.
Warto napisać co nieco o głosie pana Sykesa. Przede wszystkim zaskoczyło mnie to, że Oli potrafi śpiewać tak emocjonalnie i czysto. Wydawało mi się, że na płycie będzie dominować przede wszystkim growl. Tu jest on jedynie wisienką na torcie. Gdy Oli screamuje zaskakująco dobrze artykułuje wszystkie słowa, przez co każdy tekst jest zrozumiały. Również charakterystyczną rzeczą są w przypadku tej grupy chórki, których na płycie usłyszycie całe mnóstwo. Rzecz raczej niecodziennie spotykana w takim gatunku, jak i ciężkim graniu generalnie. Tym bardziej, że owe chórki świetnie uzupełniają pracę wokalisty.
Na „Sempiternal” nie ma słabych piosenek. Są jedynie te, które nie wywołują takiego wrażenia, jak wcześniej wymienione. Do tej grupy mogłabym zaliczyć „The House of Wolves”, „Go To Hell, For Heaven’s Sake” i „And The Snakes Start To Sing”. Dla mnie te utwory są nudne, niewyraźne i nie mają szans w starciu z mocniejszymi kompozycjami. Cała reszta o której tu nie wspomniałam jest po prostu poprawna.
Co mogę napisać w podsumowaniu? Chyba wszystko zostało już powiedziane. Na koniec mogę jedynie dodać, że ”Sempiternal” trzeba smakować, bo wraz z kolejnymi kęsami będziecie odkrywać nowe smaki, których nie czuliście za pierwszym razem.

Najlepsze: Can You Feel My Heart, Antivist, Sleepwalking, Empire, Deathbeds
Najgorsze: The House of Wolves, Go To Hell, For Heaven’s Sake, And The Snakes Start To Sing

Moja ocena: 7/10

Wreszcie pojawiła się najnowsza piosenka The Pretty Reckless promująca zbliżającą się wielkim krokami płytę „Going To Hell”. Jaram się!

Most do Terabithii

Dzisiejsza recenzja została zamówiona przez zwyciężczynię drugiej edycji konkursu „Poszukiwacze Pytań” – Kasiulę. Serdecznie zapraszam Was na jej bloga. Link w ogłoszeniu powyżej.

Jesse – główny bohater „Mostu do Terbathii” nie ma łatwego życia – jest szkolnym popychadłem, a w domu ojciec sprawia mu prawdziwy terror. Pewnego dnia podczas szkolnych zawodów w bieganiu chłopaka prześciga charyzmatyczna blondynka o imieniu Leslie. Jesse z początku jest do niej negatywnie nastawiony, jednak z czasem pomiędzy nimi zaciskają się silne więzi przyjaźni. Aby uciec od problemów szarej rzeczywistości para przyjaciół tworzy w lesie krainę przeznaczoną tylko dla nich – tytułową Terabithię. Jest to baśniowe królestwo, w którym dzięki sile wyobraźni wszystko staje się możliwe. Terbathia szybko staje się ucieczką od codziennych udręk, jednak pamiętajmy, że prawdziwe problemy tak łatwo nie znikają, a tworzenie magicznego miejsca jest jedynie ucieczką od kłopotów.

„Most do Terbathii” często porównywano do „Opowieści z Narnii”. Moim zdaniem to jednak dwa zupełnie inne filmy. Różni je od siebie to przede wszystkim przekaz. „Opowieści” są jedynie lekką historyjką dla dzieci. „Most do Terbathii” to już trudna prawda o psychice dzieci. Film zaczyna się dość niewinnie niczym familijna opowieść dla całej rodziny. Kończy się jednak jak złożony dramat psychologiczny. Zdecydowanie właśnie to jest największa zaletą filmu. Ukazuje on prawdę, która człowiek musi sobie uświadomić.
Kolejną dużą zaletą tego filmu są aktorzy, którzy wcielili się w rolę Jesse i Leslie. Od pierwszego ujęcia, gdy Leslie pojawia się na ekranie, człowiek zaczyna darzyć ją przeogromną sympatią. To zasługa niezwykle utalentowanej AnnaSophii Robb, która zagrała swoją rolę niezwykle subtelnie i delikatnie. Wspomnę jeszcze o polskim dubbingu. Podobały mi się głosy głównych bohaterów, które podłożyli Franciszek Boberek (syn znanego w branży dubbingu Jarosława Boberka) i Joanna Kudelska (m.in. głos Hermiony Granger we wszystkich częściach Harry’ ego Pottera). Zwykle nie lubię oglądać filmów z polskim dubbingiem. Ten wypadł jednak bardzo dobrze.
„Most do Terbathii” urzekł mnie swoją prostotą i pięknem ukazanej historii. Wiele osób mówi o emocjach, które wywarł na nich ten film. Dla mnie to po prostu dobra opowieść. Film jakoś specjalnie mnie nie porwał, ale mimo wszystko gorąco Wam go polecam. Obiecuję Wam, że się nie zawiedziecie.

Zalety:
+ AnnaSophia Robb w roli Leslie
+ Poruszana problematyka
+ Świetne połączenie filmu familijnego z dramatem psychologicznym

Wady:
- Wypada dość blado przy niektórych dramatach i filmach fantasy

Ogólna ocena: 7,5/10

The Walking Dead: Sezon 1

Witajcie.
W dzisiejszej notce po raz pierwszy zdecydowałam się na recenzowanie serialu. Nie wiem jak wyszło. To recenzja napisana bardzo spontanicznie. Jeśli spojrzycie na najnowsze TOP 5, to zauważycie zdecydowaną dominację Mansona. Wystarczy spojrzeć na album tygodnia, by zrozumieć czym jest ona spowodowana. Nie mogłam wybrać innych piosenek. Chciałam nawet umieścić wszystkie piosenki z tej płyty na pierwszym miejscu, ale ostatecznie zdecydowałam się na taki podział. Zapraszam do czytania.
„The Walking Dead” to serial Franka Darabonta, reżysera filmów „Skazani na Shawshank” i „Zielona mila”, oraz Gale Anne Hurd, producentki „Terminatora”, „Obcego”, „Armagedonu” i „Niesamowitego Hulka”, oparty na bestsellerowym komiksie Roberta Kirkmana. Jest to trzymająca w napięciu dramatyczna opowieść o zmaganiu się z naturą ludzką oraz bezustannej walce o przetrwanie. Serial opowiada o zombie – tematyce, która nigdy mnie nie fascynowała. Oprócz tego raczej nie przepadałam za oglądaniem seriali. Do zapoznania się z „The Walking Dead” zachęciła mnie przyjaciółka i teraz szczerze jej za to dziękuję. Pierwszy sezon, który mam już za sobą został wykonany perfekcyjnie!
Rick Grimes (Andrew Lincoln) był policjantem, który został postrzelony w czasie służby i zapadł w kilkumiesięczną śpiączkę. Po przebudzeniu, odkrywa, że świat wokół niego został opanowany przez zombie, a on wydaje się być jedyną żywą osobą. Po powrocie do domu nie odnajduje żony ani syna. Jego celem jest odnaleźć rodzinę i przetrwać w niezwykle trudnych warunkach. Wkrótce okazuje się, że w tym zadaniu może pomóc mu grupka ocalałych ludzi.
Klimat „The Walking Dead” jest niezwykle subtelny. Twórcy nie serwują nam hektolitrów krwi i ataków zombie co minutę. Fabuła rozwija się powoli, buduje napięcie i zaskakuje. Bardzo spodobał mi się fakt, że żaden z bohaterów nie może czuć się bezpieczny. Oni sami są niezwykle wyraziści i z wieloma łatwo jest się utożsamić. Klimat budują również niesamowite zdjęcia i charakteryzacja „zimnych”. Doskonałe zdjęcia opustoszałego miasta, w którym na ulicy widać tylko trupy i wraki samochodów, robią piorunujące wrażenie. Zombie nie wyglądają jak armia klonów, bowiem każdy z nich przypomina osobę, która był za życia.
Pierwszy sezon serialu raczej nie ma słabych stron. Jedynie mogę narzekać na piąty odcinek, który nieco mnie nużył, oraz finał, który pozostawił mały niedosyt, na szczęście zachęcił do sięgnięcia po drugi sezon. Zapomniałam wspomnieć, że pierwszy sezon ma zaledwie 6 odcinków. Myślę, że twórcy stworzyli niezbyt dużą liczbę odcinków, ponieważ chcieli sprawdzić, czy serial odniesie sukces. Na szczęście „The Walking Dead” zostało wielkim hitem, a następne sezony mają już więcej epizodów niż pierwszy.
„The Walking Dead” to przede wszystkim historia o strachu, która odsłania przed widzem ludzką naturę w skrajnych przypadkach. Serial zdecydowanie wciąga z każdym odcinkiem. Doskonale ukazana walka o przetrwanie i niesamowicie budowane napięcie czyni z „The Walking Dead” produkcję doskonałą pod każdym względem.

Zalety:
+ Fabuła
+ Klimat
+ Bohaterowie
+ Budowanie napięcia
+ Zombie
+ Zdjęcia

Wady:
- Piąty odcinek nieco mnie nużył
- Finał pozostawił malutki niedosyt

Ogólna ocena: 9/10

Macklemore & Ryan Lewis – The Heist

Witajcie. Czas rozliczyć się z nagród konkursowych. Dzisiejsza recenzja została zamówiona przez Patrycję – zwyciężczynię konkursu „Poszukiwacze Pytań„.

1. Ten Thousand Hours
2. Can’t Hold Us
3. Thrift Shop
4. Thin Line
5. Same Love
6. Make The Money
7. Neon Cathedral
8. Bombom
9. White Walls
10. Jimmy Iovine
11. Wing$
12. A Wake
13. Gold
14. Starting Over
15. Cowboy Boots

Co o hip-hopie może wiedzieć fanka takich zespołów jak Marilyn Manson czy Rammstein? Zapewne większość z Was na to pytanie odpowie „nic”. Prawdą jest, że od kilku lat największą rolę w moim muzycznym światku odgrywa rock i metal. Wcześniej jednak słuchałam wiele rapu. Dzisiaj moja fascynacja tym gatunkiem powraca za sprawą znakomitego albumu „The Heist” duetu Macklomore & Ryan Lewis.
Piosenki z „The Heist” podbijają świat i wszelkie listy przebojów. Gdy piszę tę recenzję, utwór „Thrift Shop” zajmuje pierwsze miejsce na liście przebojów YouTube, kończąc tym samym erę panowania „Gangnam Style”. Uff… dzięki Bogu! Nie myślcie jednak, że to płyta nastawiona wyłącznie na zyski. To prawdziwy unikat w świecie rapu. Jeśli szukacie tu odmóżdżającego bitu i tekstu o gołych laskach na melanżu to mocno się zawiedziecie.

Płytę otwiera zachęcające do działania i pracowania nad sobą „Ten Thousand Hours”. To piosenka o kojącym refrenie, której przyjemnie się słucha. Po spokojnym wstępie otrzymujemy zdecydowanie żywsze „Can’t Hold Us”. Początkowo nie podobał mi się refren w wykonaniu Ray’a Daltona. Teraz uważam, że to jedna z lepszych kompozycji na krążku, a bogate instrumentarium dodaje smaczku całości. Wspomniane wcześniej „Thrift Shop” to hymn pochwalny na cześć lumpeksów. Piosenka ma niesamowicie inteligentne przesłanie, które nie od razu widać. Ponadto utwór świetnie nadaje się na imprezy. Ma niesamowity bit, który tylko zachęca do bujania się.
Macklemore ma sporo do przekazania. Obserwuje świat, który go otacza i wyciąga trafne wnioski. Nie musicie się z nim zgadzać, wystarczy jedynie posłuchać co ma do powiedzenia. Na „The Heist” opowiada o miłości i uczuciach („Thin Line”), nałogach („Starting Over”) czy sprawach religii i wiary („Neon Cathedral”). Ma swoje zdanie na temat homoseksualizmu, które wyraził w „Same Love”. To bardzo subtelny utwór z magicznym refrenem w wykonaniu młodziutkiej Mary Lambert.
Prawdziwymi perełkami tego albumu są dla mnie „Wing$” i „A Wake”. Pierwszy z utworów to niezwykle emocjonująca i wzruszająca opowieść o butach. Macklemore brzmi tu niesamowicie przekonująco. Ciekawie brzmi również występujący tu chórek dziecięcy. „A Wake” ma wszystko to co powinien mieć utwór idealny – inteligentny tekst z przesłaniem, świetny podkład i urzekający refren.

Rap to nie tylko dobry tekst, ale również chwytliwy podkład, za który na „The Heist” odpowiada Ryan Lewis. Artyście udało się stworzyć na płycie niesamowity klimat. Pomogło mu w tym bogate instrumentarium. Muzyka jest na naprawdę wysokim poziomie i wyróżnia się na tle współczesnego rapu swoją subtelnością i wrażliwością. Na „The Heist” znajdziemy również całkowicie instrumentalny kawałek o tytule „Bombom”. Majstersztyk.
Album zamyka „Cowboy Boots”. Początkowo myślałam, że ten utwór to jakiś żart. To piosenka inspirowana country, którego nie znoszę. Zwrotki są jeszcze do przebrnięcia, ale refren i występujący tu chórek przyprawia mnie o mdłości. Na szczęście album ten jest tak genialny, że jedno małe potknięcie nie uwłaszcza jego wspaniałości.
„The Heist” to przede wszystkim mądry album, a takiego duetu ze świecą by szukać. To album pełen autentyzmu i muzycznej szczerości. Bez powielania schematów i monotonności. Macklemore podzielił się ze słuchaczami swym doświadczeniem i przemyśleniami, do których Ryan Lewis stworzył inteligentne, tworzące spójną całość z tekstem brzmienie. W czasach, kiedy większość raperów pisze tylko o imprezach i gorących dziewczynach, tak niebanalna i inteligentna muzyka zmusza do zastanowienia. Płyty słucha się bardzo przyjemnie, nie zważając na upływający czas. True Villain poleca.

Najlepsze: Ten Thousand Hours, Can’t Hold Us, Thrift Shop, Same Love, Wing$, A Wake
Najgorsze: Cowboy Boots

Moja ocena: 9,5/10

Polecam najnowszą płytę Eweliny Lisowskiej! TU możecie posłuchać ją całą jeszcze przed oficjalną premierą. Moim zdaniem płyta stoi na wysokim poziomie i zdecydowanie przewyższa EPkę Lisowskiej.